25/08/2026
Jest takie niezwykłe zjawisko społeczne, które można obserwować w Polsce za każdym razem, kiedy sklepy mają być zamknięte przez dwa dni z rzędu.
Nieważne, że żyjemy w XXI wieku, mamy lodówki, zamrażarki, restauracje, stacje benzynowe, sklepy takie jak Żabka, dostawy jedzenia i zapasy makaronu, które u przeciętnego Polaka wystarczyłyby na przeczekanie niewielkiego konfliktu zbrojnego.
Wystarczy informacja, że sklepy będą zamknięte przez dwa lub trzy dni z rzędu.
I coś się w narodzie uruchamia.
Jakiś pierwotny instynkt.
Kuuuurwa! Jedzenie się kończy!
Przecież umrzemy, bez zapasu chleba!
Jutro każdy będzie siedział w domu i jadł!
W piątek pod marketami wyglądało to tak, jakby meteorolodzy z Polsatu właśnie ogłosili, że w sobotę rano w Naszą planetę pierdolnie asteroida, a jedynym sposobem na przeżycie będzie posiadanie sześciu zgrzewek wody, dziewięciu bochenków chleba i czternastu kilogramów karkówki.
Ludzie wychodzili ze sklepów obładowani jak uczestnicy wyprawy przez Himalaje bez punktów zaopatrzeniowych. Wózek pełny po samą górę, pod nim jeszcze woda, na nim papier toaletowy, z boku reklamówki, a na twarzy skupienie człowieka, który właśnie zabezpieczył rodzinę na epokę lodowcową.
Patrzę na to i zastanawiam się, co wy, k***a, będziecie robić przez te dwa dni?
Przecież to jest sobota i niedziela. 48 godzin.
Nie pół roku na bezludnej wyspie, to nie film Cast Away: Poza światem. Nie musisz malować na ziemniaku twarzy i z nim rozmawiać.
Nie trzeba peklować mięsa, nie trzeba suszyć fasoli, nie trzeba budować ziemianki i magazynu na ziemniaki.
Dzisiaj znów sklepy są już otwarte. Luzik.
Trzy chleby. Dwanaście bułek. Bagietka. Rogaliki. Po co?
W niedzielę połowa tego będzie miała konsystencję pustaka ceramicznego, ale najważniejsze, że w piątek udało się zdobyć!
Jeszcze lepsze są wózki, w których widzisz absolutnie wszystko. Mleko, mięso, jogurty, sery, napoje, warzywa, owoce, chipsy, ciastka, papier toaletowy i proszek do prania…
Co ma się wydarzyć przez weekend?
Planujecie jakąś kąpiel błotną dla całego osiedla, a potem wszyscy będziecie robić wspólne pranie u Ciebie na chacie?
Żegnajcie dzieci. Tata nie kupił Persila. Dalej musicie radzić sobie same.
A ja? Ja w piątek nie zrobiłem zakupów.
Tak, wiem. W c**j ze mnie ryzykant.
Człowiek balansujący na granicy życia i śmierci. W sobotę rano obudziłem się i przez chwilę leżałem nieruchomo, sprawdzając funkcje życiowe.
W sobotę zamówiłem pizzę. Przyjechała. Normalnie. Nikt nie zapytał mnie nawet, dlaczego nie zgromadziłem wcześniej żywności. W niedzielę dokonałem natomiast rzeczy jeszcze bardziej szalonej, wyszedłem na poranną kawę do pobliskiej kawiarni.
Technologia niesamowita.
I wiecie co? Przeżyłem.
W poniedziałek obudziłem się w pełni sił, bez zawału, bez niedożywienia i bez konieczności polowania na gołębie.
Dlatego najbardziej zastanawia mnie skala tych zakupów, bo oczywiście rozumiem, że ktoś ma rodzinę, dzieci, robi grilla albo po prostu chce mieć wszystko w domu. Jasne. Tylko między, kupię coś na weekend, a przygotuję zapasy na konflikt zbrojny, istnieje jeszcze kilka poziomów pośrednich.
A potem przecież połowa jedzenia ląduje w koszu, bo pomidory się zepsuły, pieczywo stwardniało, wędlina zrobiła się podejrzanie mokra i śliska, a jogurt grecki z tylnej części lodówki kolejny raz patrzy i macha Ci gdy wyciągasz Monte.
Ale najważniejsze, że BYŁO.
Dwa dni bez supermarketu? Jeszcze jakoś.
Ale trzy? Nie. Człowiek chce jakoś żyć.
Dziękuję za każdy komentarz i obserwacje! ❤️
Nie zapomnij udostępnić mojego tekstu! 👋🏻
Współpraca: [email protected]