05/10/2026
Nigdy nie zapomnę pewnego drobnego zdarzenia.
Ważnego dla mnie, choć wtedy zupełnie nie wiedziałam dlaczego.
To było dawno temu.
Na Mazurach.
W jakimś pensjonacie, gdzie z czwórką dzieci spędzałam lato.
To nie był „jakiś” pensjonat.
Dobrze go pamiętam.
Było to miejsce w domu leśniczego, który latem udostępniał swój salon gościom. Wszyscy — domownicy i goście — korzystaliśmy ze wspólnej kuchni i łazienki gospodarzy.
Po prostu stawialiśmy swoje szczoteczki do zębów koło szczoteczek domowników.
Takie to były czasy.
Ale poziomki były tam najlepsze na świecie.
Zbierane wiadrami.
I konie.
I stary Ignacy, który uczył nas na nich jeździć.
To były Mazury sprzed trzydziestu lat.
Pewnego dnia przysiadłam na wersalce w pokoju, szukając suchych rzeczy dla dzieci, które były wiecznie umorusane.
I nagle przez pokój przeszedł słoneczny promień.
Przeciął przestrzeń jak laser.
I zobaczyłam w tej świetlnej ścieżce ruch i harmider tysięcy cząsteczek - tyci istot, kłaczków kurzu, pyłków, drobin - niewidocznych w zwykłym świetle.
Siedziałam chwilę zachwycona tym nagle uświadomionym towarzystwem.
A myślałam, że jestem w pokoju sama.
No proszę, jak się myliłam.
Od tego czasu wiem, że widzimy tylko część całości i ciągle się mylimy.